le jardin sonore

sonoria

  • 1 crystal panorama (4:30)
  • 2 le jardin sonore (9:07)
  • 3 here come the ants (9:46)
  • 4 beyond the borders (13:32)
  • 5 balio e xanto (9:09)
  • 6 breathe in between (4:36)

Album Info

total playing time: 52:42

recorded by griffin rodriguez, april 28, 2019

at pisa jazz, theatre sant’andrea, pisa, italy
mixed and mastered by griffin rodriguez at fonterossa, siena, italy
produced by fonterossa records and sonoria

thanks to griffin rodriguez, pisajazz, silvia bolognesi, fonterossa,
andrea silvia giordano, jacopo guadagno

all compositions by alessandro giachero, cosimo fiaschi, emanuele guadagno, nicholas remondino, ©siae

design: lysander le coultre (strangelove creatives)
photography: monique besten
distribution: www.subdist.com
evil rabbit records is a member of www.toondist.com

Reviews

  • Andrzej Nowak, 20 may 2022, spontaneous music tribune

    Holendersko-niemiecki label Evil Rabbit, prowadzony przez kontrabasistę Meinrada Kneera, lubi zaskakiwać. Czyni to zarówno w wymiarze estetycznym i gatunkowym, jak i personalnym. Każde nowe wydawnictwo przynosi szereg otwartych pytań, zachęca do poznawania nowego i zaprasza do zapamiętywania kolejnych nazwisk na europejskiej scenie muzyki improwizowanej.

    Nie inaczej dzieje się w przypadku dwóch najnowszych realizacji Złego Królika. Na pierwszej z nich włoski kwartet Sonoria improwizuje w sposób dalece niebanalny, czasami przypominając bezmiarem swojej tajemniczości brytyjski AMM, ale też stawia pytania o granice gatunkowe i sposób predefiniowania improwizacji. Z kolei grecki duet Floridis/ Dimitriadis nie tylko koncentruje się na samym procesie improwizacji, ale też podejmuje karkołomne zadanie pożenienia akustycznych dźwięków ze sporą porcją elektroniki, co jak dowodzi historia gatunku, bywa sprawą niezwykle skomplikowaną. Dodajmy, by sytuację jeszcze bardziej zagmatwać, iż artyści na obu krążkach twierdzą, iż grają muzykę … skomponowaną.

    Le Jardin Sonore

    Naszą dzisiejszą opowieść zaczynamy od włoskiego kwartetu na saksofon sopranowy, fortepian, gitarę elektryczną i perkusję, wspartą odrobiną elektroniki.

    Na starcie intensywnie wytężamy słuch, bo pierwsze frazy zdają się być wyjątkowo delikatne, dodatkowo podawane wprost z gęstej ciszy. Rezonujące powierzchnie płaskie oraz akustyczny ambient gitary formują się w małe strumienie wzdychających dźwięków. Narracja wydaje się toczyć wedle zapisów scenariusza, ale efektowne brzmienie dużo tu rekompensuje. Recenzent dość szybko odnajduje dla tej porcji fonii szyld w języku szekspirowskim – new chamber directed impro! Początek drugiej części pachnie syntetycznie, być może to efekt połączenia drobnej elektroniki i siły oddziaływania gitarowych pick-upów. Powtarzane frazy i rytualne pętle sycą narrację tajemniczym spokojem - minimalistyczne piano, delikatne pomruki saksofonu i nerwowe deep drums, które budują tu szczególną jakość. Skupiona opowieść zdobiona jest także incydentami gitary, która płynie brudnym strumieniem kojarzącym się z preparacjami Keitha Rowe’a. Intryga tej części albumu wciąga niczym klasyczne filmy noir.

    Włoska opowieść powoli wchodzi w stadium dla niej najciekawsze. Trzecia część budzi się w mroku elektroakustycznych zagadek. Dźwięki akustyczne szeleszczą, a tło wypełnia ambient płynący zapewne wprost z gitary. Muzycy generują tysiące mikrofraz, przypominających egzystencjalne rozterki, które nie proszą się o szybkie odpowiedzi. Na barkach muzyków zdaje się teraz spoczywać medytacyjny sznyt, godny estetyki AMM, pełen skupienia i dramaturgicznej powolności. Całość ma swój wewnętrzny rytm, kierunek działania, a także pieczołowitość i otwartość swobodnej improwizacji, wytrzymującej porównania z najlepszymi gatunkowymi konotacjami. Frazy akustyczne mają tu formę pytań, na które odpowiadać stara się wyważona emocjonalnie elektronika. Czwarta, najdłuższa opowieść, podkreśla atrybuty jakości, jakie muzycy osiągnęli w poprzedniej części. Zwarta, kolektywna opowieść, która nabiera pewnej post-jazzowej ornamentyki, ale pozostaje swoista, nerwowa, typowa dla tych artystów. Aktywna perkusja, czujny saksofon, repetytywne piano i zmysłowe, ambientowe tło gitary. Narracja w pewnym momencie delikatnie się łamie, sięga po psycho-jazzowe grepsy, ale szybko znajduje nowy kierunek podroży, tym razem głęboko zanurzony w ciszy. Muzycy szukają echa, zmyślnie kreując dysonans ciepłej akustyki i post-gitarowych strumieni chłodu.

    Piąta część kontynuuje owe filigranowe, ledwie słyszalne gołym uchem frazy. Tu lepią się one w dość zwartą narrację głównie dzięki percussion. Pięknie pęcznieją zaś za sprawą gitary. Powolna nerwowość prowadzi muzyków na drobne wzniesienie. Całość pogrąża się w mroku, a życie zdaje się tlić jedynie w ciepłych fraz fortepianowych klawiszy i oddechu wystudzonej tuby saksofonu. Końcowa opowieść grana jest na wdechu, bazuje na repetycji piana, szklistej powłoce gitarowych fraz i głębokich uderzeniach w perkusyjne akcesoria. Zawieszony w próżni, metafizyczny, post-kameralny jazz systematycznie narasta, ale nie osiąga kulminacji. Stawia znaki zapytania, ale nie pozwala na odnalezienie odpowiedzi.

  • Frans de Waard, april 22, Vital Weekly, number 1333, week 17

    Even when I think that releases from Evil Rabbit Records are not my cup of tea, I always inspect them. Here's one that caught my attention. Maybe it was the name Sonoria, which I simply think is a beautiful word. This Italian quartet consists of Cosimo Fiaschi (soprano sax), Alessandro Giachero (piano, prepared piano), Emanuele Guadagno (elecric guitar) and Nicholas Remondino (drums, live electronics). They explore the "pure sound of the timbre", which I am unsure what that means. The minimal exploration of their instrument attracted me to their music, connecting dots between electro-acoustic music, modern classical music, and improvisation. There are bits that are surely very much in one or the other musical area, but the whole thing is very fluid. This quartet goes from one musical interest into the next, or even do these at the same time. The title piece has acoustic sounds lingering in the background. The piano plays repeating notes while the saxophone plays a melody that is straight out of the world of modern music. Of course, not being the man to love all too improvised music, my interest lies in what they offer otherwise. 'Here Come The Ants' is a very spooky piece for live electronics, acoustic sounds, slowly fading into an electro-acoustic approach. Think MEV, AMM, but also the more electro-acoustic approaches of Morphogenesis and Kapotte Muziek (in their quietest moments), leaning heavier on the use of instruments. That gives Sonoria a strong, personal sound. A most enjoyable release!

  • Rigobert Dittmann, April 2022, bad alchemy 115

    Mit Le Jardin Sonore (ERR 34) richtet Meinrad Kneer, wie schon mit „Live in Pisa“ (ERR 29), das Ohrenmerk auf das Quartett SONORIA und damit nach Italien. Zusammengefun¬den haben sich da der junge Florentiner Sopranosaxofonist Cosimo Fiaschi, der Gitarrist Emanuele Guadagno, der, wenn ich seinen Klangfächer sehe von Byenow über ŌTONN und LAMIEE bis Ananasnna und OORT., umtriebige Drummer Nicholas Remondino. Er sagt: Hexen made me do it, Hexen und der Mittagsdämon. Doch wer hat den Kopf des Ganzen, den Pianisten Alessandro Giachero, im Oktober 2020 mit nur 49 Jahren mitten aus dem Leben gerissen? Er hatte sich einen Namen gemacht mit T.R.E. und Quasimodo, in einem italienischen Anthony Braxton Quartet und dem transatlantischen William Parker Resonance Quartet. Evil Rabbit bewahrt sein Andenken mit diesem Konzert beim Pisa Jazz am 28.4.2019. Der Performanz meditativer, ruhiger Atemzüge in einem Klanggarten, die Luft von kristalliner Transparenz und Träger äußerst gesammelter Sounds. Es sind das Klänge eines sublimen Codes aus diskanten Strichen und tupfenden Tropfen, rhythmisch-rituellem Dongen und ominösen Drones. Soprano und Piano wie geträumte Träumer, nur ein paar Tropfen, die läutend fallen, ein paar Mundvoll sanglich getönter Luft, an der eine unbekannte Störquelle kratzt. Remondinos Electronics? Die vier sind franziskanisch ge¬nug, selbst den Ameisen zu predigen, mit dünnen Klangfäden nahe an der Grasnarbe. Was da fällt, ist Manna für Vogelschnäbelchen, ein tröpfeliger Pixelregen aus (präp. Piano)-Tropfen und Sopranokürzeln und auch wieder kleinen perkussiven und gitarristischen Stö¬rungen. Trappelige, hagelige Beats, Sopranowellen, ätherische Gitarrenklänge und mono¬tones Pianotremolo entgrenzen den Garten in eine phantastische Dimension. Mit leisem Hauch, vorsichtig ausgestreckten Fühlern. Fiaschi flötet pianissimo, Mikrolaute perforie¬ren eine Beinahestille. Remondino pickt und flickert, lässt die Hände flattern, Guadagno knarzt und knackt, Giachero beschleunigt ein monotones Klopfen, eine Röhrenglocke schlägt. Zen? Cage? Ein Trip mit leichtem Wandelweiser-Tritt? Die Snare rollt, es klopft und tropft an Metall und an Holz, die Gitarre dröhnt und dumpft, das Soprano singt als Raukehlchen. Doch das schwellende Crescendo, es bleibt aus, für Erregung und Lärm ist der Garten nicht da.